Jak zejść z Zoloftu?

Aby zejść z Zoloftu, ważne jest, aby postępować zgodnie z zaleceniami lekarza, który prowadzi terapię. Zmiana dawki lub zaprzestanie stosowania leku bez konsultacji z lekarzem może prowadzić do poważnych skutków ubocznych i pogorszenia stanu zdrowia.


Temat jest powiązany z: https://medyk.online/lek/zoloft/jak-zejsc-z-zoloftu

Byłam na Zolofcie dwa lata, 50 mg dziennie. Teraz schodzę z dawki, jestem na 25 mg. Na leku czułam się fantastycznie, jakbym odzyskała samą siebie. Gdyby można było brać go całe życie, nawet bym się nie zastanawiała.

Co się dzieje, gdy go odstawiam:

  • Nadwrażliwość emocjonalna wraca jak bumerang. Na Zolofcie mogłam coś odpuścić – ktoś nakrzyczał, wkurzyłam się, ale przechodziło. Bez rozkminiania, analizowania, długotrwałej złości. Czułam się jak mistrz zen, który po kłótni tylko wzrusza ramionami. Teraz? Każda pierdoła potrafi mnie nakręcić. Mózg zaczyna analizować, rozkręca myśli na pełnych obrotach i czuję, jak zżera mi to energię.
  • Reakcje w ciele są mocniejsze. Głos mi drży, czuję napięcie, ciało się trzęsie, jakby emocje nie mieściły się we mnie i musiały jakoś się wydostać.
  • Cierpliwość? Jaka cierpliwość? Mam w domu trzylatka, więc cierpliwość to podstawa. Na Zolofcie było łatwiej, teraz szybciej się denerwuję, szybciej mnie coś drażni.
  • Stres wraca. Na leku podchodziłam do wszystkiego na luzie – zrobię najlepiej, jak potrafię, jak nie wyjdzie, to trudno. Teraz w głowie mam „muszę to zrobić” i nie ma planu B. Nawet zwykła wizyta z dzieckiem u lekarza powoduje napięcie, którego wcześniej nie czułam.

Czuję się jakbym wracała do wersji siebie, którą zawsze uważałam za wadliwą. Jakby Zoloft naprawił coś w moim mózgu, a teraz mechanizm znów się psuł. Czuję się emocjonalnie „upośledzona”, jakby mój układ nerwowy przestał działać tak, jak powinien.

Jestem wdzięczna, że mogłam zobaczyć, jak wygląda życie z wyregulowaną chemią w głowie. Teraz mam wrażenie, że wracam do stanu „przed”, i to jest trudne.

Rozumiem Twoje rozczarowanie @Gabi związane z odstawieniem Zoloftu – niestety tak to często działa. Leki regulują chemię mózgu na czas ich stosowania, ale po odstawieniu organizm wraca do swojego pierwotnego stanu. To nie jest nic nadzwyczajnego, choć bywa frustrujące.

Może warto zastanowić się nad innymi metodami regulacji emocji? Nie chodzi o to, żeby negować działanie leków, bo one mogą być ogromnym wsparciem. Jednak ich efekt nie zawsze jest trwały, a statystycznie rzecz biorąc, większość antydepresantów po kilku latach przestaje działać tak skutecznie. Wiele osób musi wtedy zmieniać lek, a niestety nie zawsze trafia się na nowy, który będzie równie dobrze działał.

Nie piszę tego, żeby kogokolwiek zniechęcać do leczenia farmakologicznego – absolutnie nie. Po prostu jeśli kiedykolwiek zdecydujesz się na długotrwałe stosowanie leków, warto mieć też w życiu przestrzeń na pracę nad sobą innymi metodami. Terapia, praca nad schematami myślowymi, strategie radzenia sobie ze stresem – to wszystko może pomóc w dłuższej perspektywie. Wtedy nawet jeśli lek przestanie działać albo przyjdzie moment jego odstawienia, łatwiej będzie sobie z tym poradzić.

@Finiek , dzięki, że odpisałeś.

Mój psychiatra postawił sprawę jasno – leki maksymalnie na dwa lata, bo dłużej „nie można”. Czy chodziło o to, żeby się nie przyzwyczajać? Nie wiem.

Zoloft pomógł mi błyskawicznie. Wyłączył nadmierną emocjonalność i nagle wszystko wróciło do normy. Ale muszę dodać, że zanim go zaczęłam, miałam już za sobą lata terapii. Jestem wręcz uzależniona od przekraczania swojej strefy komfortu, więc teraz, schodząc z leku, pojawia się we mnie ciekawość – czy da się jeszcze coś zmienić? Czy mogę nauczyć się inaczej zarządzać emocjami?

Tylko wiesz, czasem mam wrażenie, że to nie kwestia samej psychiki, tylko czegoś głębiej – może brak jakiejś substancji, hormonu? Może coś w moim organizmie po prostu nie działa tak, jak powinno? Jestem kobietą, wiem, jak wpływają na mnie wahania hormonalne w cyklu miesiączkowym. Pamiętam, co robiły ze mną wysokie dawki progesteronu na początku ciąży. Na jego ulotce było nawet napisane, że może wywoływać stany lękowe!

Nie piszę tego, żeby szukać wymówki do nierobienia niczego. Po prostu zastanawiam się, czy tu nie ma jakiegoś drugiego dna. Kiedyś ludzi z problemami tarczycy leczono na nerwicę, bo nikt nie wiedział, że źródłem problemu może być hormon. Kobiety po porodzie, wykończone, niewyspane, niedożywione – dostają diagnozę depresji poporodowej. A co jeśli to nie tylko psychika, ale też biologia?

Patrz na autyzm – kiedyś ludzie w spektrum lądowali w psychiatrykach, bo nikt o autyzmie nie miał pojęcia. A przecież osoby z zespołem Aspergera często mają OCD, tylko że zamiast mówić o „zaburzeniach”, coraz częściej rozumie się to jako inną pracę mózgu. Może z depresją i lękami jest podobnie? Może to po prostu kwestia tego, jak działają nasze układy nerwowe?

To jasne, że wszystkie nerwice, depresje i inne zaburzenia są związane z neuroprzekaźnikami i hormonami – to żadna tajemna wiedza. Wiadomo, że to wszystko działa razem. Trochę zabrzmiało to tak, jakby dopiero za sto lat mieli odkryć, że lęki mają podłoże chemiczne, a przecież już teraz to jest oczywiste.

Tak naprawdę, jak się mocno zezłościsz, to twoje hormony też szaleją – ale masz wpływ na swoją reakcję. Możesz się uspokoić, zmienić sposób myślenia i co wtedy? Hormony same wracają do równowagi. I właśnie o to chodzi – nikt nie neguje roli biochemii, ale człowiek nie jest wobec niej bezradny.

Szczerze? Mnie takie argumenty nie przekonują, bo widziałem zbyt wiele przypadków, gdzie ludzie wychodzili z ciężkich lęków, zaburzeń osobowości, depresji. Potrafili przepracować bardzo trudne schematy, zmieniać swoje reakcje emocjonalne i funkcjonowanie. Nie twierdzę, że to łatwe, ale jest możliwe. Oczywiście, że hormony i neuroprzekaźniki grają rolę – ale my mamy na nie wpływ. Nie od razu, nie w prosty sposób, ale mamy.

Asperger i autyzm to zupełnie inna sprawa. Tarczyca to też inny temat, bo to organ, który działa niezależnie od naszych doświadczeń, pamięci, emocji czy sposobu myślenia. To nie to samo, co lęki, konflikty wewnętrzne czy rozwój emocjonalny.

Ale jedno jest pewne – to było prawdą sto lat temu, jest teraz i będzie za następne sto lat: żeby ktoś faktycznie coś zmienił w swoim życiu i emocjach, to musi mu na tym zależeć bardziej niż innym wokół.