Mam migreny odkąd byłam dzieckiem – te z ciemniejącymi plamami przed oczami, mdłościami i bólem, ale też tzw. napięciowe. Zaczęło się niewinnie, ale wszystko przybrało na sile po urodzeniu trzeciego dziecka. To, co wtedy zaczęło się dziać, było po prostu nie do zniesienia. Drętwiejące palce, mówienie jakby przez watę – mózg nie może znaleźć słów. Ból, który potrafi trwać dwa dni, i to takie uczucie, jakby połowa mózgu po prostu się wyłączyła.
Próbowałam różnych leków – między innymi Apap, bez większego efektu. Suplementy z asparaginianem magnezu pomogły trochę na bóle napięciowe i te z zaburzeniami widzenia, ale dopiero lek zawierający sumatryptan zrobił różnicę.
W moim przypadku lekarz przepisał Sumamigren 50 mg (odpowiednik leku Cinie – dostępny w Polsce bez problemu, podobnie jak Frimig, Migtan czy Imigran – wszystkie zawierają sumatryptan). Po 30 minutach od zażycia poczułam ulgę, a po godzinie migrena dosłownie zniknęła.
Zostaje tylko takie lekkie „zamglenie w głowie” – niby ból odpuszcza, ale czuję, że coś tam jeszcze nie działa w pełni. Zdarza się, że muszę wziąć dwie tabletki – zwłaszcza jeśli długo czekam z zażyciem pierwszej. Jak tylko zażyję lek od razu po pierwszych sygnałach, mam spokój na 6–20 godzin.
Są skutki uboczne – sztywność szyi, szczękościsk, czasem uczucie napięcia w karku – ale to naprawdę NIC w porównaniu do tego, co robi z człowiekiem prawdziwa migrena. Nie wiem, jak bym sobie radziła bez Sumamigrenu czy Frimigu. To są moje leki ratunkowe – naprawdę ratują mi życie.