Odstawienie Abilify powinno być przeprowadzone stopniowo, pod ścisłym nadzorem lekarza, który dostosuje plan odstawienia do indywidualnych potrzeb pacjenta. Proces ten wymaga ostrożnego zmniejszania dawki leku w czasie, zwykle przez okres kilku tygodni lub nawet miesięcy, w zależności od dawki stosowanej przed rozpoczęciem odstawienia, długości okresu leczenia, a także indywidualnej reakcji organizmu na zmiany.
Jak u Was wyglądało odstawianie? Pytam serio, bo biorę ten lek już dłuższy czas i z jednej strony jest lepiej niż było kiedyś, ale z drugiej mam coraz większą ochotę z niego zejść, bo czuję, że to już chyba moment, żeby zacząć myśleć o odstawieniu. Tylko właśnie boję się, żeby nie zrobić sobie większej krzywdy niż pożytku. Raz już miałam taką sytuację przy innych lekach, że człowiek myślał „jest dobrze, dam radę”, a potem po zmianie dawki wszystko się posypało — sen się rozsypał, lęk wrócił, człowiek chodził jak struty i jeszcze miał wyrzuty sumienia, że znowu jest gorzej.
Czy Abilify da się odstawić w miarę normalnie, czy to raczej taki lek, z którego schodzi się długo i ostrożnie? Miałyście jakieś objawy po zmniejszeniu dawki? Bardziej chodzi mi o zwykłe ludzkie doświadczenia, bo wiadomo, że jedno to teoria, a drugie to życie. Jak to wyglądało u Was w praktyce — czy wracała bezsenność, lęk, napięcie, płaczliwość, takie dziwne „rozjechanie”, czy może poszło spokojnie? Chętnie poczytam, bo trochę się cykam, a wiadomo, że człowiek od razu wchodzi w internet i potem tylko się bardziej nakręca.
U mnie największy błąd był taki, że za szybko się ucieszyłam, że jest lepiej. Jak tylko poczułam większą stabilność, to od razu miałam myśl, że może już nie potrzebuję leku i trzeba schodzić. No i niestety bardzo szybko się okazało, że organizm miał na ten temat inne zdanie. Na początku jeszcze było okej i nawet myślałam, że poszło gładko, ale po jakimś czasie zaczęły się jazdy — najpierw sen siadł, potem doszło takie napięcie w ciele, coś jakby człowiek był nakręcony, ale wcale nie w dobrym sensie. Później zrobiłam się drażliwa, wszystko mnie ruszało, byłam rozemocjonowana i miałam wrażenie, że psychicznie znowu się rozłażę.
Dopiero wtedy dotarło do mnie, że z takich leków nie schodzi się „na chłopski rozum”, tylko serio trzeba to robić powoli. Wróciłam na wcześniejszy etap, potem zaczęłam schodzić dużo spokojniej i to już było zupełnie co innego. Nie powiem, że idealnie, ale dało się żyć. Najbardziej pomogło mi to, że po każdej zmianie dawałam sobie czas i nie pchałam się od razu dalej. Jak widziałam, że sen się pogarsza albo rośnie napięcie, to wiedziałam, że trzeba przyhamować. Tak że z mojego doświadczenia — da się, ale nie ma co się spieszyć, bo potem człowiek tylko płaci za to nerwami.
Ja miałam odwrotnie niż wiele osób, bo byłam tak przestraszona historiami z internetu, że myślałam, że jak zacznę odstawiać, to od razu będzie katastrofa. A u mnie finalnie poszło całkiem spokojnie, tylko właśnie dlatego, że robiłam to bardzo wolno. Nie było żadnego bohaterstwa typu „od jutra połowa i lecimy”, tylko małe kroki i obserwacja. Szczerze mówiąc, to największą robotę zrobiło nie samo zmniejszanie dawki, tylko cierpliwość.
Po każdej zmianie patrzyłam, co się dzieje ze snem, nastrojem i lękiem. Jak było okej, to dopiero po czasie szłam dalej. Miałam momenty, że byłam bardziej nerwowa i kilka razy czułam takie wewnętrzne roztrzęsienie, ale to nie było coś, co mnie rozwaliło. U mnie najgorsze było bardziej to psychiczne myślenie „a co jeśli zaraz będzie źle”, niż realne objawy. Znam też jedną dziewczynę, która schodziła z Abilify dużo szybciej i u niej wróciła bezsenność plus płaczliwość, więc naprawdę mam wrażenie, że tempo robi ogromną różnicę. Jak dla mnie — da się odstawić, tylko nie po polsku w stylu „a tam, jakoś to będzie”, bo właśnie wtedy potem jest płacz.
Ja jeszcze nie jestem całkiem po odstawieniu, tylko cały czas jestem w trakcie schodzenia z Abilify, i szczerze mówiąc u mnie to wygląda trochę jak sinusoida. Nie jest to jakaś totalna katastrofa, ale też nie powiem, że wszystko idzie gładko i bezproblemowo. Najbardziej odczuwam to fizycznie – mam czasem nudności, taki dziwny wewnętrzny niepokój, zdarzają się bóle głowy, a do tego humor potrafi mi się zmienić praktycznie z niczego. Były też dni, kiedy byłam tak rozdrażniona, że dosłownie wszystko mnie irytowało, nawet drobiazgi, na które normalnie nie zwróciłabym uwagi. A potem przychodził inny dzień i z kolei chciało mi się płakać bez większego konkretnego powodu, po prostu byłam emocjonalnie rozchwiana.
Z drugiej strony zauważyłam też, że przy odstawianiu bardzo łatwo wpaść w panikę po jednym słabszym dniu i od razu myśleć, że wszystko idzie źle. U mnie dopiero po czasie dotarło, że to tak nie działa. Jeden dzień może być gorszy, kolejny całkiem znośny, a jeszcze następny znowu średni i dopiero jak człowiek spojrzy na to szerzej, to widać, czy sytuacja naprawdę się pogarsza, czy po prostu organizm chwilowo reaguje na zmianę. Bardzo pomogło mi to, że przestałam analizować wszystko dzień po dniu i zaczęłam patrzeć bardziej długofalowo.
Ja bym powiedziała tak: jeśli chcesz odstawiać Abilify, to warto się nastawić, że przez jakiś czas może być trochę dziwnie, nierówno i momentami męcząco. To nie musi od razu oznaczać, że wszystko się sypie albo że odstawienie się nie uda. Po prostu organizm potrzebuje czasu, żeby się przestawić. Trzeba tylko uważać, żeby nie schodzić za szybko, bo wtedy naprawdę można sobie narobić więcej problemów i mieć wrażenie, że ciało i głowa się buntują. U mnie największa lekcja z tego wszystkiego jest taka, że przy odstawianiu cierpliwość robi ogromną różnicę.
U mnie temat był o tyle trudny, że Abilify naprawdę pomagał, więc z jednej strony chciałam odstawić, a z drugiej bałam się, że wrócę do punktu wyjścia. I szczerze? Ten strach nie był z kosmosu, bo jak za pierwszym razem zeszłam za szybko, to wrócił mi taki znajomy mrok, którego bardzo nie chciałam znowu oglądać. Nie od razu pełną parą, ale zaczęły wracać stare schematy: izolowanie się, większy lęk, gorszy sen, mniej energii, takie poczucie, że wszystko znowu robi się ciężkie. Za drugim podejściem zrobiłam to dużo mądrzej i przede wszystkim bez napinki. Już nie patrzyłam na to jak na wyścig, tylko jak na proces. I moim zdaniem to jest właśnie klucz. Ludzie często pytają „ile to trwa?”, a prawda jest taka, że chyba tyle, ile trzeba. Lepiej schodzić długo i w miarę spokojnie niż potem się rozsypać i wracać do większej dawki. Ja bym powiedziała, że jeśli masz to robić, to naprawdę z nastawieniem, że to może potrwać i że po drodze mogą być momenty lepsze i gorsze. Bo w życiu to właśnie tak zwykle wygląda, a nie jak w ulotce.