Po kilku latach samotnego ojcostwa z dwójką dzieci, w końcu się zebrałem i zacząłem spotykać z kimś. Traf chciał, że dziewczyna sporo młodsza ode mnie. Fajna, śliczna, z energią, której mi brakowało. Przy pierwszym razie… no cóż – stanął, ale długo nie powalczył. Powiedziałem jej szczerze, że dawno nie byłem z nikim i chyba organizm się pogubił. Nie zrobiła mi z tego wyrzutów, ale wewnętrznie czułem się… no, wiadomo – facet. Następnego dnia poszedłem do lekarza. Wyszedłem z receptą na Tadaxin. Wziąłem 10 mg jakieś dwie godziny przed kolacją, bo wiedziałem, że może się coś wydarzyć. Po paru minutach tylko poczułem, że twarz mi się zrobiła ciepła i trochę się zarumieniła – jak po kieliszku czegoś mocniejszego. Minęło samo po kilku minutach. Poza tym – żadnych efektów ubocznych.
Na kolacji trochę się stresowałem – pierwszy raz z lekiem, nie wiedziałem, czy nie odwalę jakiejś paniki albo zjazdu ciśnienia. Ale nie, wszystko było ok. A potem…
To była najbardziej intensywna noc od lat. Seks, przerwa, sen, znów seks, krótka drzemka, znowu. Rano poszliśmy na brunch, wróciliśmy i cały dzień w łóżku. Dosłownie.
Co chwila mówiła, że nie może uwierzyć, jak twardy jestem. Że nie ma dość. I najlepsze?
Efekt trzymał ponad 36 godzin.