U mnie było tak: lekarz kazał brać rano, więc grzecznie łykałam po śniadaniu. Ale co się działo… Masakra. Do południa byłam jak z waty, nic do mnie nie docierało. Dzieci coś mówiły, mąż coś chciał, a ja jakby mnie nie było. No i przestawiłam na wieczór – i co? Przestałam spać. Budziłam się o drugiej w nocy, oczy jak 5 złotych i mózg chodził jak wirnik w pralce. Ale nie poddałam się, tylko zrobiłam taki test na sobie – przez parę dni brałam o 10:00, nie zaraz rano, nie wieczorem. I wiesz co? Złapałam rytm. Przestałam być aż tak zamulona i w nocy spałam jak człowiek. Więc u mnie sprawdziło się takie „późne rano”, ale serio – każda z nas to inny organizm. Trzeba się słuchać siebie. Ale też nie zmieniać pory codziennie, bo organizm lubi rutynę. Trzymaj się, kochana, początki są trudne, ale potem już z górki.