Po odstawieniu testosteronu można doświadczyć szeregu objawów, które mogą mieć różne konsekwencje dla zdrowia i samopoczucia.
Temat jest powiązany z: https://medyk.online/lek/testosteron-testosteronum/co-sie-dzieje-po-odstawieniu-testosteronu/
Po odstawieniu testosteronu można doświadczyć szeregu objawów, które mogą mieć różne konsekwencje dla zdrowia i samopoczucia.
Byłem na 100 mg tygodniowo, rozbite na dwa zastrzyki w tygodniu. Stosowałem terapię przez 3 lata, ale ostatecznie zdecydowałem się odstawić testosteron z powodu skutków ubocznych. Od dziś mija miesiąc od odstawienia i tak to u mnie wygląda w praktyce.
Wypadanie włosów zatrzymało się, a same włosy zaczęły ciemnieć i odzyskiwać lepszą strukturę. Przed terapią miałem włosy czarne, w trakcie TRT zrobiły się jaśniejsze, takie brązowo-siwe, do tego suche i łamliwe. Teraz widzę wyraźną poprawę – są mniej przesuszone i wyglądają zdrowiej.
Ciśnienie krwi wróciło do normy, co bardzo ucieszyło lekarzy, a co dla mnie jest ogromnym plusem. Dodatkowo zniknęły objawy bezdechu sennego, z którymi wcześniej się zmagałem, więc jakość snu wyraźnie się poprawiła.
Co ciekawe, nie miałem żadnego „crasha” hormonalnego – ani psychicznego, ani fizycznego. Jedyna rzecz, którą faktycznie odczułem, to utrata siły i masy mięśniowej na siłowni. Szczerze mówiąc, byłem zaskoczony, jak dużą rolę testosteron odgrywał w budowaniu rozmiaru mięśni i jak szybko to znika po odstawieniu. Trochę mnie to dołuje, bo po „kosmicznych przyrostach” na testosteronie trudniej zmotywować się do treningów, ale z drugiej strony jestem teraz wyraźnie szczuplejszy i ogólnie jestem z tego zadowolony.
„Księżycowa twarz” i zatrzymanie wody zeszły praktycznie od razu po odstawieniu. Co więcej, libido paradoksalnie się poprawiło. Nie będę owijał w bawełnę – orgazmy na testosteronie były u mnie słabe, a po odstawieniu znów są intensywne i satysfakcjonujące, jak kiedyś.
Jestem naprawdę bardzo zadowolony z decyzji o odstawieniu testosteronu, patrząc na to, jak wpłynął na mnie całościowo. Tak, próbowaliśmy ograniczać skutki uboczne – były blokery estrogenu, mniejsze dawki, częstsze iniekcje, różne kombinacje. Przerobiłem to wszystko, ale bez większego efektu. Miałem poczucie, że ciągle gaszę jeden problem kolejnym lekiem, a nie chciałem dokładać następnych substancji do układanki.
Żeby było jasne – korzyści na siłowni były niesamowite i naprawdę za nimi tęsknię. Ale w moim przypadku to było właściwie jedyna realna korzyść, jaką testosteron mi dawał. Patrząc na całokształt zdrowia i samopoczucia, bilans wyszedł u mnie na plus po odstawieniu.
Byłem na terapii testosteronem przez 15 lat. Jasne — byłem bardziej umięśniony, libido było wyższe, ale z czasem zaczęły się minusy: ciągłe chrapanie, ciśnienie krwi na granicy normy i spore problemy z utrzymaniem hematokrytu bez jednoczesnego „zajeżdżania” ferrytyny. Od 6 miesięcy jestem po odstawieniu i mogę uczciwie powiedzieć, że czuję się po prostu zdrowiej. Ciśnienie wyraźnie spadło, chrapanie zniknęło, ogólne samopoczucie jest stabilniejsze. W wieku 57 lat nie potrzebuję już być „potworem” na siłowni — wolę skupić się na zdrowiu i długowieczności. Na ten moment mogę spokojnie powiedzieć, że moja przygoda z TRT jest już za mną.
Dosłownie jestem teraz na wakacjach z żoną i jest wkurzona, bo chrapię przez cały wyjazd. Przed terapią testosteronem praktycznie w ogóle nie chrapałem. Zawsze miałem grubą szyję, ale teraz zrobiła się wręcz monstrualna i mam wrażenie, że to też dokłada swoje.
Do tego jestem w trakcie dużego projektu w pracy, który kończy się dopiero latem. Staram się więc przetrwać ten okres, dociągnąć wszystko do końca i nie robić rewolucji w trakcie, żeby niczego nie rozwalić, zanim projekt się zamknie. Dlatego na razie „kupuję czas”.
Dobrze słyszeć, że u kogoś chrapanie po odstawieniu zniknęło, bo to daje nadzieję. Zdarzało mi się też budzić z uczuciem pełnych, napuchniętych dłoni. Gram na gitarze i od razu to czuję — palce są ciężkie, mniej precyzyjne, kompletnie inne odczucie niż normalnie. To jeden z tych sygnałów, że coś w organizmie jest nie tak, nawet jeśli na papierze wszystko jeszcze „jakoś się trzyma”.
Ciekawe, że wspominasz o dłoniach, bo mam bardzo podobne obserwacje. Jestem właśnie w trakcie schodzenia z mojego pierwszego cyklu i jedną z rzeczy, które zauważyłem w czasie stosowania testosteronu, było to, że po drzemce budziłem się z „martwymi rękami” – mrowienie, drętwienie, takie igły i szpilki.
Wiem, że brzmi to dziwnie. Pytałem znajomych i wszyscy mówią, że nie kojarzą, żeby kiedykolwiek coś takiego im się zdarzało, ale ja mam pewność, że przed testosteronem nigdy tego nie miałem. Dlatego zaczynam podejrzewać, że może to być bezpośrednio związane z ciśnieniem krwi, krążeniem albo zatrzymywaniem wody – choć nie mam pewności.
Najbardziej zastanawia mnie to, że objaw pojawiał się właśnie po śnie albo drzemce, kiedy teoretycznie organizm powinien być zrelaksowany. Czy ktoś jeszcze miał podobne doświadczenia na testosteronie albo przy schodzeniu z cyklu? Chętnie poczytam, bo mam wrażenie, że to nie jest tak rzadkie, jak się wydaje, tylko mało kto o tym mówi.
Panowie, były zawodowy sportowiec z tej strony. Przez jakieś 15 lat jechałem na lekkich cyklach z przerwami – zazwyczaj coś w stylu 150 mg testosteronu + 100 mg decy, a od czasu do czasu, np. „pod formę na lato”, dorzucałem 10–20 mg doustnie.
Od około 10 lat byłem już na TRT, mam teraz 54 lata. Dawki naprawdę niskie – rzędu 50–60 mg tygodniowo, a mimo to testosteron w szczycie dochodził mi do okolic 900–950. Estradiol trzymał się mniej więcej w granicach normy.
Problem polegał na tym, że hemoglobina i hematokryt ciągle mi rosły. Doszło do tego, że co jakieś 10 dni musiałem „upuszczać krew” – zdejmowałem sobie około 100 ml, czyli w skali miesiąca wychodziło 300 ml. Robiłem tak, bo nie chciałem oddawać jednorazowo pół litra w punkcie krwiodawstwa. Zresztą po takim dużym upuście organizm często reaguje „odbiciem” i znowu produkuje za dużo krwinek.
Przez to wszystko rozwalałem sobie ferrytynę. Potem nauczyłem się, że jak przez kilka dni wezmę żelazo + witaminę C, to da się ją podciągnąć, ale to była ciągła walka – jeden problem naprawiasz, a drugi się pojawia. Gonienie własnego ogona.
Sześć tygodni temu powiedziałem sobie: dość. Skoro i tak jadę na minimalnej dawce, to schodzę z tego całkiem. Zrobiłem 2 tygodnie HCG, potem 4 tygodnie tamoksyfenu (lepiej się na nim czuję niż na klomidzie).
I powiem Wam jedno: jakby ktoś zdjął mi zasłonę z głowy. Dopiero teraz widzę, jak długo funkcjonowałem w takiej mgle. Brak libido, słabe orgazmy, włosy coraz rzadsze i bardziej siwe, twarz napuchnięta – a na papierze wszystko „w normie”.
Testosteron to bardzo indywidualna sprawa. Jeden facet czuje się świetnie przy 300, inny nie żyje bez 800. Genetyka robi ogromną robotę.
Co ciekawe, moja sylwetka wygląda teraz lepiej niż na testosteronie. Mam dobre geny (około 190 cm wzrostu, 100 kg wagi, jakieś 15% tłuszczu), ale coraz bardziej wierzę w to, że naturalny testosteron produkowany przez organizm działa lepiej niż ten podawany z zewnątrz.
Mam też przekonanie, że testosteron nie tylko wyłącza LH i FSH, ale wpływa też na nadnercza i całą masę innych procesów w organizmie. To nie jest tylko „więcej mięśnia i libido”.
Dodatkowo: hemoglobina przestała wariować, twarz wygląda normalnie, włosy się poprawiły, ale najważniejsze – ja czuję się zdrowiej.
Pracuję w branży związanej ze zdrowiem i przez lata traktowałem siebie jak poligon doświadczalny – diety, posty, treningi, badania krwi przed, w trakcie i po. I szczerze? Masa rzeczy, które się dziś powtarza, to bzdury albo półprawdy. Od cholesterolu po dietę – informacji jest tyle, że można zwariować.
Wybaczcie chaos, piszę na szybko z telefonu. Szacun dla @Jedrek . Około 3 tygodnia po odstawieniu miałem moment zawahania, czy nie wrócić, ale przetrwałem. Największy game-changer to świadomość, jak długo byłem w mgłach poznawczych. Teraz głowa pracuje jasno i przestałem się nakręcać, że coś złego zaraz mnie dopadnie.
Z mojego doświadczenia okolice 6. tygodnia to moment, kiedy pojawia się prawdziwy „crash” – zewnętrzny testosteron jest już praktycznie wypłukany z organizmu, a własna produkcja jeszcze nie ruszyła na dobre. Clomid albo inny SERM zwykle przyspiesza ten proces i łagodzi zjazd.
Kiedy próbowałem zejść na sucho, bez niczego, na początku było nawet okej, ale mniej więcej po 6 tygodniach poczułem się totalnie fatalnie. Tak się to ciągnęło aż do momentu, gdy po kilku miesiącach wróciłem na TRT – a poziomy i tak nie wróciły do wyjściowych, mimo upływu czasu.
Przy zejściu z pomocą clomidu sytuacja wyglądała zupełnie inaczej. Samopoczucie było dużo lepsze, a do swoich bazowych poziomów testosteronu wróciłem po około 12 tygodniach.
Oczywiście u każdego może to wyglądać inaczej, ale u mnie różnica była ogromna. Powodzenia.