miałam przygodę z Femostonem przez prawie trzy lata i jak tylko go odstawiłam, to myślałam, że mnie rozniesie. Ale zanim opowiem, to powiem jedno – nie jesteś sama i naprawdę to, co opisujesz, to przechodzi wiele z nas. Tylko w gabinetach się o tym nie mówi, a na forach to inna rozmowa…
U mnie było tak: wzięłam Femoston po tym, jak zaczęłam mieć takie uderzenia gorąca, że w Lidlu mi się zdarzyło paść prawie przy kasie. Ludzie myśleli, że zemdlałam, a to po prostu fala gorąca i pot spływał mi po plecach. Zaczęłam brać lek i działał, jak ręką odjął. No ale potem przyszła pandemia, problemy z sercem (nie związane z lekiem), i lekarz kazał przerwać. Ja głupia zrobiłam to z dnia na dzień…
Przez pierwsze dwa tygodnie myślałam, że mnie rozerwie. Nie spałam prawie wcale, poty takie, że musiałam kupić dodatkową pościel, bo codziennie była mokra jak po praniu. Mąż się śmiał, że chyba mam wbudowaną saunę – a ja płakałam. Zaczęły się stany lękowe, serce znowu waliło, jakby mnie ktoś gonił, a ja siedziałam w fotelu. I ten smutek… taki, co się wślizguje i nie puszcza.
Ale przetrwałam. Pomogło mi to, że zaczęłam chodzić codziennie na spacery – nawet jak nie miałam siły, to szłam chociaż 10 minut. Zaczęłam pić napar z dziurawca (ale uwaga na słońce!) i dużo magnezu, do tego melatonina na sen. Po ok. 6 tygodniach zaczęło się stabilizować. A teraz po roku? Jest dobrze. Czasem wraca lekkie uderzenie, ale to nie to samo.
Nie wiem, czy Tobie też się tak ułoży, ale jedno wiem: to mija. Trzeba przeczekać. I warto mówić głośno o tym, że kobiety po odstawieniu HZT mają ciężko, żeby inne się nie czuły, jakby z nimi coś było nie tak.