Tak naprawdę to ja ją odstawiam już prawie rok – wcześniej chyba niejasno to opisałam. Bardzo długo byłam na 1/2 tabletki i nie miałam żadnych skutków ubocznych. Potem zeszłam na 1/4 i też było spokojnie, zero sensacji. Dopiero teraz, przy tej nieszczęsnej 1/8, zaczęły się jazdy.
Co ciekawe – jak rano wezmę tę „okruszynkę”, to przez większą część dnia czuję się w miarę normalnie. Szumy, zawroty i to skakanie obrazu są dużo słabsze. Dopiero pod wieczór i rano przed kolejną dawką zaczyna się bujanie, jakby organizm już dopominał się tej minimalnej ilości. I tak trwa to już około trzech tygodni. Zastanawiam się, ile jeszcze ciało może reagować na tak małe zmniejszenie dawki…
Czasami mam takie myśli, jakie to wszystko jest absurdalne – że organizm tak silnie reaguje na brak czegoś, co przecież nie jest mu naturalnie potrzebne. W głowie widzę siebie za kilka tygodni, jak rozkruszam tę 1/8 tabletki (a ona i tak jest mikroskopijna) i dzielę ją jak rasowy narkoman, żeby jeszcze odrobinkę mniej wziąć. Trochę śmieszne, trochę straszne.
Jakoś próbuję to przetrwać. Pomaga mi skupienie się na codziennych rzeczach – grzebię w ogródku, mam sporo spraw do ogarnięcia. Nie pracuję zawodowo, ale pomagam rodzinie, dziadkom, coś w szkole załatwię, tu podjadę, tam coś zawiozę. Dzięki temu głowa nie kręci się tylko wokół objawów.
Boję się włączać inne leki, bo nie mogę sobie pozwolić na obniżenie koncentracji. Wożę dzieci do szkoły, dużo jeżdżę autem, ogarniam sprawy – nie mogę chodzić zamulona czy półprzytomna.
W sumie sama się w to trochę wpakowałam, bo na początku brałam inny lek, ale był drogi, a wtedy i tak zostawiałam fortunę w aptece przez inne leczenia. Poprosiłam o tańszą opcję i tak trafiłam na Parogen.
Mąż żartuje, że może wieczorem drink pomoże – i faktycznie czasem pomaga się wyciszyć. Ale śmieję się, że wpadnę w alkoholizm szybciej niż odstawię ten Parogen
Staram się jednak nie iść tą drogą. Chcę to zrobić porządnie, tylko zastanawiam się, ile jeszcze organizm będzie się tak buntował.