Kiedyś, po miesiącu brania wenlafaksyny w dawce 150 mg, wylądowałem w szpitalu i przeżyłem coś, czego nikomu nie życzę – cold turkey, czyli nagłe odstawienie bez żadnego stopniowego zmniejszania dawki. I to było piekło.
Nie chodziło nawet o typowe brain zaps, czyli „prądy w głowie”. U mnie to było emocjonalne tornado – w ciągu kilku minut przechodziłem z totalnej rozpaczy do euforii, jakby ktoś w moim mózgu ciągle przełączał kanały między tragedią a komedią. Czułem się, jakbym dosłownie tracił rozum. Gdyby nie szpital, serio nie wiem, jak by się to skończyło.
Po dwóch latach postanowiłem wrócić do terapii i znowu zaczęło się ostre leczenie. Wysokie dawki – nawet 300 mg wenlafaksyny, ale większość czasu trzymałem się 225 mg. Było ciężko, ale działało. Po sześciu miesiącach przyszła decyzja o odstawieniu – i ku mojemu zaskoczeniu tym razem poszło gładko.
Tylko że tym razem miałem osłonę w postaci:
- Mirtazapiny (45 mg) – uspokajała, pomagała spać,
- Lamotryginy (100 mg) – stabilizowała nastrój.
Nie wiem, czy to dzięki temu, ale odstawiłem wenlafaksynę w 1,5 tygodnia i nie miałem żadnych objawów ubocznych. Żadnych brain zapsów, żadnych dramatów. Czułem się normalnie.
I to mnie utwierdziło w przekonaniu, że najlepszy sposób na odstawienie wenlafaksyny to przejście na coś łagodniejszego i dopiero potem całkowite zejście do zera.
Znam ludzi, którzy próbowali rzucić to nagle i dostali masakrycznych brain zapsów, zawrotów głowy, rozwalonego nastroju. Jeden znajomy próbował „zresetować” mózg DXM (dekstrometorfan) – wziął sporą dawkę i objawy faktycznie zniknęły na 2-3 dni. Tylko że… to nie jest dobra rada. DXM może powodować zespół serotoninowy, zwłaszcza jeśli nadal masz w organizmie jakiekolwiek resztki wenlafaksyny. Lepiej nie ryzykować.