Moja mama (57 lat) chorowała na ciężką depresję. Kilka lat wcześniej była hospitalizowana na oddziale psychiatrycznym, ale wtedy udało jej się wyjść na prostą. Gdy choroba wróciła, była pod opieką dwóch psychiatrów i przepisano jej Avanzę (mirtazapina, odpowiednik Mirzatenu).
Mieszkałam blisko niej i praktycznie codziennie mój ojczym dzwonił do mnie, żebym przyszła, bo mama nie wstawała z łóżka. Pamiętam, że namawiałam ją, żeby brała lek, mimo że mówiła mi, że źle się po nim czuje i nie podoba jej się to, jak na nią działa. Do dziś mam z tego powodu ogromne poczucie winy.
Kilka dni później podjęła próbę odebrania sobie życia. Została przetransportowana śmigłowcem do szpitala i podłączona do aparatury podtrzymującej życie. Następnego dnia, po informacji od lekarzy, że nie ma żadnych szans na przeżycie, musieliśmy podjąć najtrudniejszą decyzję – o odłączeniu maszyn. To było w 2004 roku.
Jej śmierć całkowicie mnie złamała. Miałam wtedy 37 lat i sama trafiłam do psychiatry. Paradoksalnie przepisano mi również Avanzę. Ten lek bardzo mnie przeraził. W trakcie jego przyjmowania pojawiły się u mnie silne myśli samobójcze. Dopiero wtedy zrozumiałam, dlaczego mama tak bardzo nie chciała go brać.
Pamiętam moment, kiedy stałam na balkonie i byłam gotowa skoczyć. Gdyby nie mój ówczesny partner, który mnie złapał i wciągnął do środka, nie byłoby mnie dziś tutaj.
Nie twierdzę, że ten lek jest zły dla każdego – wiem, że wielu osobom pomaga. Ale u niektórych może wywołać bardzo silne i niebezpieczne skutki uboczne. Słyszałam też od innych osób, że doświadczyły podobnych myśli podczas jego stosowania. To trudny temat, ale uważam, że warto mówić o takich doświadczeniach.