U mnie Ranofren działał dosłownie jak wyłączenie całego tego koszmarnego chaosu jednym ruchem. Po kilku dniach halucynacji i paranoi, jedna tabletka 10 mg potrafiła „wyciszyć burzę” w głowie tak, że w końcu mogłam logicznie myśleć i normalnie funkcjonować. Ta ulga, kiedy mózg wreszcie przestaje nakręcać negatywne myśli, jest nie do opisania.
Co do przybierania na wadze – faktycznie, to był dla mnie trudny temat, ale odkryłam, że bardzo pomaga przesunięcie uwagi na relacje, bliskość, emocje i rzeczy, które naprawdę karmią psychikę, zamiast kompensowania wszystkiego jedzeniem. Zaczęłam jeść bardziej regularnie, świadomie, a nie „odruchowo”, bo coś mnie stresowało. To naprawdę robi różnicę.
Jeśli ktoś ma bardziej duchową naturę, to Ranofren potrafi mocno „uziemić”, w takim pozytywnym sensie – odcina te natrętne wizje, które często są po prostu efektem przeciążonego umysłu, i pozwala skupić się na realnym życiu, medytacji, oddechu, ciszy. Uspokaja głowę na tyle, że można wrócić do praktyk, które wcześniej były niemożliwe, bo myśli je po prostu zagłuszały.
Człowiek naprawdę staje wtedy przed wyborem: albo brnie w ten stan, który powoli niszczy od środka, albo korzysta z chwili stabilności, jaką daje Ranofren, żeby odbudować siebie – emocjonalnie, duchowo, relacyjnie. Ja wybrałam to drugie. Kiedy umysł przestaje wariować, można dopiero dotrzeć do tego, co głębsze, a nie tylko reagować na chaos.
Słyszałam też od kilku osób, że po okresach silnych przeżyć psychicznych ciało bywa „rozregulowane”, trudno zasnąć, trudno się wyciszyć – i właśnie wtedy Ranofren pomaga przywrócić rytm, uspokoić noc, pozwolić na regenerację. Dla mnie sen po tym leku był jednym z największych darów, bo bez snu nie da się wrócić do równowagi.