Przepisano mi Welbox w dawce 150 mg dziennie z powodu dużej depresji. Przez pierwsze 2–3 tygodnie nie zauważyłam poprawy nastroju, natomiast pojawiły się bóle głowy i bezsenność. Dopiero po trzecim tygodniu zaczęłam odczuwać wyraźną zmianę – poprawiło się moje samopoczucie psychiczne. Poczułam się „lżejsza”, pogodniejsza i po dłuższym czasie zaczęłam znowu dbać o siebie.
Miałam więcej energii, przestałam całymi dniami leżeć i oglądać telewizję, rzadziej drzemałam w ciągu dnia. Uregulował mi się sen, zaczęłam znowu interesować się życiem – miałam chęć, żeby coś zrobić, zaangażować się, planować. To uczucie, kiedy znów chce się żyć, być miłym człowiekiem i mieć energię na cokolwiek, było naprawdę piękne. Dodatkowym „bonusem” była dla mnie utrata wagi – przez 6 miesięcy schudłam około 13–14 kg. Praktycznie nie miałam apetytu, jedzenie w ogóle mnie nie interesowało. Jadłam tylko raz dziennie, po godzinie 16:00 – i to tylko dlatego, że wiedziałam, że muszę coś zjeść, żeby nie zemdleć.
Niestety, około 8. miesiąca zaczęłam odczuwać coś w rodzaju emocjonalnego spłaszczenia. Nadal funkcjonowałam, ale miałam wrażenie, że znowu przestaję się przejmować, że znowu wszystko mnie coraz mniej obchodzi, że pojawia się więcej smutku, więcej bezradności. Przetrwałam całą zimę (ciemną, zimną i ponurą) na tej samej dawce – 150 mg dziennie. Wiosną zauważyłam, że mój nastrój wrócił do poziomu sprzed rozpoczęcia leczenia – jakby wszystko, co osiągnęłam w pierwszym półroczu, się cofnęło.
Lekarz zaproponował zwiększenie dawki do 150 mg dwa razy dziennie. I tak zrobiłam. Po tygodniu zaczęły się napady lękowe i ataki paniki. Nie sporadyczne – tylko ciągłe, całodzienne uczucie paniki, napięcia i niepokoju, dzień w dzień przez sześć miesięcy. Musiałam wielokrotnie zatrzymywać samochód, bo nie byłam w stanie prowadzić, musiałam uspokajać się na parkingu, żeby wrócić do domu. Przestałam przesypiać noce – 3–4 godziny snu i to przerywanego, bez regeneracji. Mój mózg nie był w stanie skupić się na niczym – ani na książce, ani na filmie, ani nawet na głupiej krzyżówce. Byłam kłębkiem nerwów, trzęsłam się, nie mogłam się wyciszyć, żyłam w ciągłym stanie zagrożenia.
Lekarz prosił mnie, żebym jeszcze poczekała, że to minie. Nie minęło. W końcu po 7 miesiącach odstawiłam wieczorną dawkę i wróciłam do jednej tabletki rano. I wtedy – jak ręką odjął – zniknęły wszystkie napady paniki i ciągłe napięcie. Kompletnie, dosłownie w ciągu miesiąca. Ulga była ogromna.
Choć 150 mg rano nadal nie sprawiało, że wróciłam do tak dobrego samopoczucia, jakie miałam w pierwszych miesiącach terapii, to bałam się całkowicie odstawić lek, bo mimo wszystko nie byłam tak smutna i bezradna jak przed leczeniem. Dlatego wzięłam drugą zimę na Welboxie, w tej samej dawce – choć czułam, że to już nie działa tak jak wcześniej.
Teraz mijają dwa lata od rozpoczęcia leczenia i powoli schodzę z Welboxu całkowicie. Nie wiem, czy bez niego będzie lepiej. Może tak, a może nie. Ale wiem jedno – nie chcę wracać tam, gdzie byłam przed rozpoczęciem terapii. I jeśli poczuję, że jest źle, dam sobie szansę na inny lek. Welbox nie był idealny, ale pomógł mi jakoś przetrwać.