Zolafren naprawdę uratował mi życie. Kiedy zdiagnozowano u mnie chorobę afektywną dwubiegunową, zaburzenia lękowe i natręctwa, byłam totalnie pogubiona. Próbowałam wcześniej różnych leków – po Abilify byłam rozdrażniona, Lamictal sprawiał, że ciągle o czymś zapominałam i byłam rozkojarzona. Dopiero połączenie fluoksetyny i Zolafrenu zaczęło działać. Zaczęłam od 2,5 mg Zolafrenu i już po kilku dniach poczułam, jakby ktoś wyłączył tę czarną chmurę znad mojej głowy. Skończyły się nagłe zmiany nastroju, ten ciężar zniknął, wróciłam do szkoły, potrafiłam się wreszcie skoncentrować. Wreszcie mogłam normalnie funkcjonować – znowu poczułam, że jestem sobą.
Ale nie było idealnie. Zaczęłam szybko przybierać na wadze – prawie 12 kilo w miesiąc. I to mimo tego, że się ruszałam, ćwiczyłam, starałam się trzymać dietę. Organizm jakby się przestawił i trzymał każdy gram. No i jeszcze jedno – trochę się „przytępiłam”. Nie miałam już ochoty gadać, jakby emocje się uspokoiły… aż za bardzo. Z jednej strony ten lek naprawdę zrobił robotę – po miesiącach totalnej rozsypki mogłam znowu się śmiać, mieć nadzieję, coś planować. Ale z drugiej – jak patrzyłam w lustro i widziałam, jak wyglądam, to samoocena zaczęła lecieć w dół.
Teraz schodzę z Zolafrenu i próbuję Latudy, bo szukam czegoś, co pomoże, ale nie będzie miało aż takiego wpływu na wagę. Gdybym miała komuś doradzić? Spróbujcie Zolafrenu, jeśli nic innego nie działa. Tylko od razu miejcie z tyłu głowy, że waga może skoczyć. Ale jeśli tkwicie w czarnej dziurze i nie wiecie, jak z niej wyjść – to może być ta lina, która was z niej wyciągnie. Dla mnie była.