Z moim życiem i historią z lekami, to ja mogłabym książkę napisać. Paroksetynę zaczęłam brać po śmierci męża, kiedy wszystko się rozjechało – i w głowie, i w sercu, i w ciele. Spać nie mogłam, jeść nie mogłam, w domu cisza i pustka. Psychiatra powiedział: spróbujemy z paroksetyną. No i zaczęło się.
Pierwsze dwa tygodnie to była masakra. Bóle głowy, uczucie jakby mi ktoś mózg watą wypchał. Ale ja jestem z tych upartych, co już swoje wiedzą. Trzymałam się zaleceń i czekałam. Po 4 tygodniach… nie wiem, czy to był cud, czy chemia, ale rano wstałam i poczułam, że… nie płaczę. Że mogę zaparzyć herbatę i nie mam tego ściśnięcia w żołądku.
Zaczęło się powolutku układać. Potem już coraz lepiej. Po dwóch miesiącach wróciłam do pracy w bibliotece, do ludzi, do świata. Więc jeśli pytasz „po jakim czasie działa”, to mówię: nie nastawiaj się na szybki efekt. Ale jak przetrwasz pierwsze tygodnie, to bardzo możliwe, że życie wróci na swoje miejsce. Może nie od razu, ale wróci.